CZARNY PIEPRZ
Notki
2010-01-05 Troche się wyprowadziłam
czarnypieprz.blogspot.com/
2010-01-02 Romantyczność
Zasłyszane:
- Zdzichu? Zdzichu!!!!
- No?Coooo?
- Ktoś całuje twoją żonę!
- Jeśli się nie brzydzi….


2009-12-28 Generation Gap..

Dzisiejsza młodzież nie buntuje się. Nie ma po co.

Rozmowa 1. Lata 80:
- Co tak siedzisz? Kłopoty jakieś masz? Przecież możesz mi zawsze powiedzieć – najgorsza prawda lepsza od najpiękniejszego kłamstwa. No? Co? Znowu dwója?
- Pojechałabym do Jarocina! Na koncert.
- Co? Matko…aż się oparzyłam przez ciebie. Chyba oszalałaś. Będziesz się włóczyć z grupą wygolonych znarkotyzowanych papug! Nie wiadomo co oni tam robią na tych Jarocinach.
Nawet o tym nie myśl. Nawet niech ci to przez myśl nie przejdzie. Jarocin?! Jeszczeco? Może Nowy Jork? Ojca chcesz do grobu wpędzić? Matką nieletnią zostać? Mnie babcią zrobić? Za nasze starania takie podziękowania? To człowiek sobie ręce po łokcie urabia, od ust sobie odejmuje i pcha w tą paszczękę bez dna, a ta mi tak odpłaca. Wiedziałam, jakby człowiek dziecko z Domu Dziecka wziął to by go po rękach całowało za to co ty tu dostajesz, a tu co? Czarna niewdzięczność.
-  Ale, mamo…jadę z kolegami.
- Tę grupę wystrzyżonych jaszczurek z obrożami na szyjach nazywasz kolegami? Nie dość, że musze się wstydzić, że się z nimi włóczysz to jeszcze wakacji ci się z nimi zachciewa. Ja nawet ojcu nie wspomnę o twoim pomyśle, bo to by go zabiło. Tychybasercaniemaszżebytakiepomysłymiećktotowidział. Och…moja wątroba, znowu mam atak. Dziękuję ci bardzo, teraz będę leżeć dwie godziny z termoforem i łykać tabletki. Takie podziękowanie…Nie dziwie się, że temu Tomkowi ojciec zamek na drzwi od zewnątrz pokoju założył. Ja się zastanawiam czy tobie tez nie założyć, zaraz z ojcem porozmawiam jak tylko wróci. Nie wiadomo co wymyślisz jeszcze. Może jeszcze narkotyki zaczniesz brać, jak ten tam, od tych…mnie się już czasem wydaje, że taki maślany wzrok masz…
Koniec rozmowy.

Rozmowa 1. Lato 2009:
- Jadę na Woodstock. Możesz się coś dorzucić?
- Hmmm…Wiesz……. Boję się o ciebie – kupa ludzi, nie wszyscy to awangarda .
- Jak nie chcesz to nie pojadę, ale bardzo mi zależy. Mamutek, to co może mi się tam stać może stać się wszędzie - na przystanku, na ulicy, na imprezie. Będziesz mnie za rękę trzymać całe życie?
- No, nie…
- No, widzisz.
- Ale masz dzwonić co wieczór!
Koniec rozmowy.


Rozmowa 2. Lata 80.
- A co ty się z tym chłopakiem tak prowadzasz? Kto to jest?
- Kolega ze szkoły. Jest w porządku.
- Podoba ci się? Przecież możesz mi powiedzieć…
- Wiesz…fajny jest…
- Tyochłopakachniemyśl! Uczyć się masz. A tobie tylko chłopcy w głowie. Chłopaki i granie, granie od rana do wieczora. A lekcje? Zaraz ci ten magnetofon zabiorę to się skończy granie, a zaczniesz się wreszcie uczyć. Jakie masz stopnie z matematyki? Poprawiłaś tą ostatnią dwóję? Ojciec pójdzie na wywiadówkę to znowu będzie oczami świecił, co za wstyd. …człowiek się stara a tu taka wdzięczność. Ma własny pokój, może się uczyć od rana do wieczora – to nie! Jakbym ja miała własny pokój to by moje życie inaczej wyglądało. W kuchni musiałam lekcje odrabiać, matka mnie przeganiała bo obiad robiła a ja zawsze miałam lekcje odrobione….tak….Głupoty czyta, włóczy się i gra na magnetofonie, żadnej wdzięczności – pies by umiał bardziej podziękować….takie to pokolenie; myśmy nic nie mieli, bieda po wojnie była, a wy wszystko macie ale wdzięczności za to żadnej, żadnej!

Rozmowa 2. Zima 2009.
Każdy może dopisać sam.

2009-12-23 Wesołych Świąt

Dla wszystkich lubiących ten czas- Wesołych ŚWIĄT!
Żeby się naprawiło to co zepsute,
żeby dokończyć to co się wlecze.
Żeby było mniej głupoty, a więcej zwykłej, czystej radości.
Żeby było co jeść, gdzie spać, i gdzie pracować.
I żeby znależć radość w tym co się robi,
i miłość , i przyjaźń, i zdrowie!
Czarny Wieprz - Pieprz

2009-12-19 Włosy twoje jak trzoda kóz...
„Sracz był oddalony od wyra
Szło się w deszczu.
Gówniane to były czasy”
Jan Oborniak „Krzyk Ciszy”
Postawienie włosów w epoce przedżelowej nie było sprawą łatwą.
Po pierwsze należało zrobić trwałą i zarezerwować sobie tydzień w odosobnieniu, dopóki świństwo nie przestanie cuchnąć na włosach. Smród spalonej chemii niósł się przez tramwaje i autobusy, osiadał na ciuchach i dusił kochanków w najbardziej intymnych momentach.
Przepis na wypasioną fryzurę lat 80 wyglądał tak: Najpierw myjemy włosy, następnie rozkręcamy loki /trwała była jak dobrze sfilcowane baranie futro/ za pomocą szczotki okrągłej lub wielkiego zgrzebła i suszarki. W tym czasie przygotowujemy czarodziejską miksturę – pół szklanki ciepłej wody z 6 łyżeczkami cukru, dobrze mieszamy – cukier absolutnie nie powinien osiadać na dnie szklanki. Zanurzamy w słodkiej cieczy grzebień i nakładamy ją za pomocą zgrzebła na włosy. Wcześniej dobrze nagrzaną lokówką  kręcimy duży lok, nie rozczesujemy. Lokówkę trzymamy na włosach aż do momentu kiedy woda z cukrem przestaje syczeć, a z włosów przestanie się dymić. Lok zostawiamy do wystygnięcia w stanie nienaruszonym. Resztę włosów traktujemy tak samo bezlitosnie. Po wyschnięciu tapirujemy każdy lok i układamy do góry..
Następnie podkradamy mamie cudem kupiony lakier i całą konstrukcję mocno spryskujemy. Uff…można iść do szkoły z modlitwą na ustach o brak deszczu i kawałkiem mydła w kieszeni dla ewentualnego podratowania koafiury
.


2009-12-14 "Oj siasta, siasta dziewczyna z miasta- daj się namówić, będziesz niewiasta"
Mama mówiła nigdy nie wierz mężczyźnie
Bo to drań i podrywacza kawał.
To cukierek, umaczany w truciźnie,
Będzie tylko brał i nic nie dawał.
Wychowano mnie w ciekawy sposób, na rasowego chłopofoba, a właściwie na chłopofobkę. Odkąd pamiętam chłopcy byli be i nie powinnam się z nimi bawić, a już z pewnością nie w cos tak interesującego jak zabawa w doktora. Nawet więzi rodzinne nie łagodziły tego zakazu, bo moi kuzyni też nie byli odpowiednim towarzystwem, a szczególnie po tym kiedy zaczęli mnie uczyć sprośnych wierszyków i namawiać na fajne zabawy w krzakach. Rosłam sobie więc w poczuciu zagrożenia i mężczyzn postrzegałam jako wilki zębate i kudłate, dybiące na moją cnotę i honor z oczywistym wyłączeniem dziadka, taty i wujka Henryka. Barchanowe majtki, które kazała mi nosić mama były dopełnieniem mojej niedoli i stanowiły coś w rodzaju pasa cnoty, bo musiałam je nosić na rajstopy. Czułam się dzięki nim tak, jakby mama i tata zawsze byli ze mną.
W przedszkolu jeszcze jakoś szło, w szkole natomiast zaczęły się schody. Chłopcy byli wszędzie i dybali z każdego kąta. A jacy przebiegli – torbę ze szkoły ponieśli, podzielili się śniadaniem, oddali najlepszy plakat z „Razem”, wszystko po to aby zawrócić mi w głowie.
Żeby odegnać męski rój nosiłam się garbato, szaro i workowato. Niestety, pomimo całego tego kamuflażu chłopcy ciągle zauważali we mnie dziewczynkę.
Jakby tych wszystkich nieszczęść nie było dosyć, kochali mnie ekshibicjoniści. Pewnie moja bijąca w oczy niewinność była dodatkowym wabikiem. Miałam nawet osobistego zboczeńca, który czekał na mnie w krzakach obok szkoły. Na widok błękitu mojej kurteczki dosiadał roweru i gnał na złamanie karku parkową alejką już w szalonym pędzie rozpinając rozporek i machając czym tam miał na powitanie. Wstydziłam się mężczyzn tak bardzo, i byłam tak dobrze wychowana, że nie potrafiłam zrobić nic innego jak uciekać z przerażeniem w oku – wcześniej oczywiście grzecznie odpowiadając na jego powitanie.
Jak się okazuje nic tak nie przyciąga mężczyzn jak kobieta, która się ich boi. Biegały za mną tłumy. Biegały, bo przed nimi też uciekałam w popłochu. Myślę, że w pamięci wielu naprawdę fajnych chłopaków pozostałam jako kompletna kretynka, która barykadowała się na ich widok w szkolnym WC porzucając wcześniej w panice i z wrzaskiem wszystko co miała w ręku. Ta ofiara losu udawała tez własną nieistniejącą siostrę, która przez telefon lub drzwi informowała surowo, że kretynki nie ma w domu i nie wiadomo kiedy będzie. W tym czasie osiągnęłam już mistrzostwo w imitacji głosów i szybkości podejmowania decyzji – w którą stronę wiać.

2009-12-07 Robak jakiś niezbadany serce moje żre.
Mój mąż od jakiegoś czasu czyta. Bardzo mnie to ucieszyło bo przez całe życie słyszałam, że robię z domu bibliotekę, a pieniądze wydaje na kurzołapy, które zajmują hektary miejsca w domu. Zaczęło się niewinnie od „Kodu Leonarda”, przeszło z rechotem przez Pilipiuka, pomantrowało chwilę nad Hellerem, zachwyciło się Colas Breugnon, odrzuciło ze wstrętem mojego ukochanego Sharpe, wykrzywiło się z pogardą nad Allenem i zatrzymało na forach internetowych dotyczących zdrowia. I wpadło jak śliwka w kompot.
- Muszę się zbadać. Mam przepuklinę przeponową- zadecydował mąż przy śniadaniu smażąc jajecznicę na smalcu z boczkiem.
- Jak to? Skąd wiesz? – zdziwiłam się wysoko podnosząc naturalne brwi.
- Bo…- tu niestety nastąpiły szczegółowe opisy dolegliwości podlane sosem pseudonaukowego żargonu medycznego.
- Hmmm…ale może dieta nieodpowiednia? – spojrzałam z ukosa na ociekającą tłuszczem kromkę.
- Idę do lekarza.
I poszedł. Ku jego zmartwieniu lekarz przepukliny się nie dopatrzył. Mąż wrócił więc do studiowania stron internetowych.
- Mam coś z trzustką.
Niestety, pudło.
- Mam kamienie w nerkach.
Pudło.
- Mam wrzody!
Nietrafione.
I wtedy …
- Mam robaki!!!! – uśmiechnął się wieczorem mąż.
Otworzyłam usta w niemym zdziwieniu.
- Gdzie?
- Gdzie, gdzie…no gdzie? W dupie, rzecz jasna! A teraz to może już wszędzie. W wątrobie, płucach, nerkach…..- rozpędził się i poszedł szeroko.
Zastanowiłam się głęboko, baaardzo głęboko.
- Jakieś konkretne?
- No przecież nie karaluchy! Lambie pewnie. Lambie łatwo złapać – rozmarzył się nieco.
- Owsika łatwiej.
- Owsiki pewnie ty masz.
- Ja?
- Wszyscy mamy! Jak jeden ma robaki to wszyscy mają! Jutro idę na badania. – zakrzyknął wesoło i pomachał mi przed oczami plastikowym pojemniczkiem ze szpatułką.
Niestety, wynik negatywny mocno go rozczarował, a ponowienie badań wpędziło w stan smutku wielkiego z odrobiną agresji na co dzień.
- To jeszcze nie znaczy, że ich nie mam! Może też być inny robak – rzucił obrażonym ale i nieco tajemniczym tonem na moje pytanie o trzeci wynik.
Wybrał się z wizytą do dermatologa, który jego próby przejścia na robaki skwitował jednym zdaniem:
„Nieprawidłowa gospodarka tłuszczowa” – pech, że przy tym byłam. Z miejsca wspomniałam o zmianie diety. Niestety robactwo trzymało się mocno.
Nie dając za wygraną mąż udał się ( już samotnie) z wizytą do weterynarza, wdając się tam w długą dysputę na temat tasiemców i innych obleńców i zjawił w domu z tabletkami dla psów i nakazem natychmiastowej akcji odrobaczania połączonej z wnikliwą obserwacją ekskrementów.
Obecnie jest przy trzynastym badaniu. Na forum powiedzieli, że czasem robactwo tak się zaczai, że żadne badanie tego nie wykryje. Dlatego też mąż wyłudził od lekarza tabletki, ma tylko problem bo na forum nie powiedzieli, które robactwo ma najpierw zatłuc.

2009-12-03 Choinko piękna jak las, choinko zostań wśród nas....
Mamusiu zróbmy coś, mamusiu...
- Zrobimy tatusiowi niespodziankę i ubierzemy choinkę! - odpowiedziałam z promiennym uśmiechem matki ze znakiem jakości Q, nie wiedząc że w tym momencie ściągam sobie na głowę stos kłopotów.
Zdjęcie srebrnego świerka i dodatków z wysokiego pawlacza wymagało umiejętności jakich nie powstydziłby się sam Kukuczka. Za pomocą skomplikowanego zestawu stolików i stołu osiągnęłam szczyt, dziecko zostało w oddali na podłodze, trzymając drżącymi rękami stołek bazowy. Dałam radę.
Kiedy pudła znalazły się na ziemi oboje rzuciliśmy się do przeglądania świecidełek. Bałwanki, wróżki, kolorowe i mieniące się sople lodu, bombiaste bomby i przecudnej urody aniołek, który miał być na pal wbity – pochłonęło nas to całkowicie.
Teraz należało przystąpić do części zasadniczej – postawienia drzewka. Niestety radziecki produkt nijak nie pasował do drewnianego stojaka, przywiezionego jeszcze z domu rodzinnego. Choinka chwiała się na wszystkie strony, a próby owinięcia czymś dołu, żeby dodać mu grubości spełzły na niczym. Ponieważ lubię działania zasadnicze – przyniosłam z kuchni tasak. Wśród płaczu dziecka „ Mamusiu nie, mamusiu nie..” skróciłam chojaka o dobre 10 cm, w tym miejscu był grubszy i wspaniale się w stojaku mieścił.
„Nooo” – sapnęłam, odkładając narzędzie mordu i ocierając pot perlący się na czole. Kadłub wyglądał idealnie, chociaż choinka miał teraz nie więcej niż pół metra. „Teraz gałązki” – rzuciłam komendę i rozpoczęliśmy wpinanie srebrnych patyczków w dziurki korpusu. Znowu coś nie tak, gałązki nie chciały wleźć w dziurkę, musiałam je nieco wygiąć – bolały mnie palce od tej zabawy z drutem, ale dziecko czekało na kulminacyjny moment ubierania – nie mogłam zawieść. Aniołek nie chciał siedzieć na szczycie, miał stanowczo za małą dziurkę. Dziecko roniło łzy. Przywiązaliśmy do szczytu jednego z pluszaków, tragedia została zażegnana. Rozpoczęliśmy strojenie. I wreszcie mogliśmy podziwiać nasze wspólne dzieło. Miś może nieco raził, ale reszta wyglądała znakomicie. Staliśmy i podziwialiśmy, ale kataklizm czaił się za rogiem – po kolei, jedna po drugiej, gałązki zaczęły odczepiać się od korpusu i lądować na drewnianym parkiecie.
„Bęc”
„Gruch”
„Brzdęk”
Patrzyliśmy oniemiali jak wróżki, bałwanki, zajączki zamieniają się w szklaną miazgę. Rzuciłam się do zbierania resztek wbijając sobie od razu kilka kawałków w stopę i raniąc paluchy…..
Usiedliśmy oboje na zgliszczach bombek, a cholerny drapak z trzema wpiętymi gałązkami stał w kącie błyskając resztą ozdób, miś przewiązany w pasie sznurkiem konopnym smętnie zwisał ze szczytu. Dziecko chlipało, ja bandażowałam palce dzieląc to zajęcie z wyciąganiem kawałków świecidełek z papuci. Na taki właśnie obraz nędzy i rozpaczy natknął się mąż wracający z pracy. Popatrzył, zastanowił się, popatrzył raz jeszcze i powiedział:
„ Kochanie do cholery, czemu postawiłaś choinkę do góry nogami?”

Hej Kolęda, Kolęda.....

2009-11-23 kurka wodna
Bez komputera da się żyć - ale co to za życie! Komputer jak podpaska, należ y do rzeczy ściśle osobistych i czuję się bardzo niekomfortowo kiedy grzebę w cudzym. Misia urodziła!!!!
*******
"Tyle słońca w całym mieście" -wydzierało się na cały głos radio. Pachniało mydlinami i przypalonym mlekiem. Spocona Mysia pochylała się nad wanną i rytmicznie ugniatała w wodzie sterty żółtawej tetry.
-Szerokimi ulicami niosą szczęście zakochani... - dodała wesolutko Anna Jantar.
- A niech ich szlag trafi - pomyślała Mysia wycierając pot wpływający jej do oczu.
- Ciumaj smoka, ciumaj! Pójdziemy paci?- doleciał z pokoju histerycznie wysoki głos babci.
- Lalalalalala! - podsumowała Anna J.
********
A to znalazłam na komputerze dziecka. Cudownie męsko-szowiistyczne, wymarzone dla Davidiana!


2009-10-23 Hasta mańana - Mysia final part.
- Enrike został w domu jeszcze tylko dwa dni- zakończyła swoje opowiadanie Mysia skubiąc rąbek sweterka.
- I co, i co, i co? – nie wytrzymywały dziewczyny trąc butami o wysłużony dywan perski produkcji tureckiej .
- I nic! Co się głupio pytacie? Przecież ja tam chodziłam bez makijażu i z tym idiotycznym kucykiem, no i w tych kremplinowych podomkach to skąd miał chłopina wiedzieć jak ja naprawdę wyglądam??!! Z pewnością coś by było, gdyby tylko był na to czas! – uniosła się Mysia teraz już w perfekcyjnie wykonanym makijażu i z elegancko wstawioną jedynką.
- Pech – skrzywiła się Anula.
- Kompletna kiszka kaszana – potwierdziła Joanka, wrzucając do ust zgrabną tartinkę.
- Ale jak to się stało, że już wróciłaś?
- Cóż, gospodyni stwierdziła, że kompletnie nie nadaję się do wycierania kurzów a cała moja pensja musiała pokryć stratę tych obrzydliwych szklanych paganów. Podobno były cenne. Sratytaty…. lepsze można znaleźć u nas na odpustach. Seniorina kupiła mi bilet powrotny i w tempie ekspresowym zawiozła na autobus. Nawet się z nikim nie zdążyłam pożegnać – bródka Mysi zaczęła drgać niebezpiecznie.
- A najgorsze, najgorsze..- chlipnęła nasza bohaterka zagłębiając nos w kawałek różowego papieru toaletowego.
- Co, co, co jest najgorsze? – krzyknęłyśmy unisono zagryzając z ciekawością wargi i wbijając sobie nawzajem pazury w dłoń.
- Najgorsze….
- Matko! Wykrztuś wreszcie bo padniemy trupem z ciekawości.
-…. że jestem w ciąży .
Ciszę można było rąbać siekierą.
- Z synem gospodyni? – pierwszą odblokowało Kasię.
- Nie. Z Pepe – sapnęła z zakłopotaniem Mysia i spuściła wzrok na leżącego przed nią różowego hot-doga, z którego wyciekał na talerz żółtawy majonez.




O mnie
BlackPeppercorn
278 km od Warszawy, 65 od Krakowa,186 km od Wrocławia.
Słówko o mnie
Trzeba umieć być okrągłym w kuli i długim w rurze.
Zobacz mój profil
Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
4418
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
686
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
10
<< Styczeń 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031
Księga gości
 
Zobacz serwisy INTERIA.PL